Zobacz wszytkie serwisy JOE.pl
znajomijoe.pl blogiblog4u.pl blogiblogasek.pl darmowe forum val.pl katalog stronwjo.pl avataryavatary.ork.pl czcionkiczcionki.joe.pl forumforum.joe.pl aliasydai.pl, ork.pl, j6.pl tapety tapety.joe.pl obrazkiobrazki na NK
Online: ---
Co nie boli, to nie życie, co nie przemija, to nie szczęście. - Ivo Andric <body>
• profil
• księga
• blog
• ulubieni
• rozdziały
• archiwum
• credits


Coś od Autorki

Uhhh ten pasek nieaktywności wywołuje u mnie tiki nerwowe... Co bym mogła napisać: Szkoda trochę tego opowiadania... Jak bym mogła zapomnieć o starej, ale jarej Suzan? Zakończyłam to opowiadanie, prawda, ale nie zapomniałam o niej... Nawet założyłam Konto fikcyjne tej bohaterki na naszej-klasie zapraszam czytelników :) i wspomnijcie czasami naszą kochaną bohaterkę ;)

Zuzanna von Jungingen 28/07/2009 22:23:35 [komentarzy 0] Zuzanna nie zginęła... ona żyje w nas...

Zakończenie Zuzanny von Jungingen

Zakończenie Zuzanny von Jungingen


Zuzanna niezdarnie wstała na nogi. Klacz nie zdążyła się jeszcze otrząsnąć z tego szoku… Nie czuła już strug krwi na czole i rozdzierającego bólu piersi, w którą wbito jej rohatynę i w której tkwił do niedawna drzewiec z grotem… Rozejrzała się dokładnie. Stała na ściernisku. W oddali majaczyło morze i malownicze krajobrazy. Nagle poczuła delikatne dotknięcie na grzbiecie… Odwróciła powoli łeb. Ujrzała za sobą wielkiego mistrza w złotej zbroi i płaszczu podbitym purpurą. Nie miał on również nawet najmniejszego zadraśnięcia…
Klacz delikatnie wstrząsnęła grzywą.
- Gdziem jest mości Ulryku? Czy ja umarłam? – Szepnęła o dziwo ludzkim głosem klacz.
- Obawiam się, że tak… – westchnął mistrz.
- Jak że to? - Odpowiedziała Zuzanna delikatnie spuszczając łeb.
Pod wpływem wiatru jej grzywa zaczęła się unosić.
Wielki mistrz objął ramieniem jej grzbiet. Jego krucze włosy targane były orzeźwiającym i czystym wiatrem idącym od morza.
- Spójrzcie tam – rzekł w końcu Ulryk odwracając się i wskazując na białe chmury. – Co widzicie?
Klacz niepewnie podeszła na sam skraj „urwiska”
- Brutalną bitwę… Śmierć wielkiego komtura…
- Przypatrzcie się dokładnie.
- Jagiełłę wydającego rozkazy, ginącego Schwacburga, wielkiego marszałka i wielu, wielu innych naszych dostojników… Krew z naszych ran mieszającą się w jednej dużej kałuży, jeńców branych przez Polaków! Panie a wyście mówili, że zwycięstwo było po naszej stronie!
Ulryk pokręcił przecząco głową
- Nie nam ono było pisane… Gdyby nie nasza pewność siebie być może w ogóle by do tej wojny nie doszło… Kajdany i beczki wina to już była przesada…
W oddali słychać było szum fali uderzających o brzeg. Ulrykowy płaszcz począł się rozwiewać łopocąc delikatnie na wietrze. Zuzanna przybliżyła nos do dłoni swojego ziemskiego pana. Mistrz delikatnie położył rękę na chrapach klaczy.
- Dlaczego tu niema, Rotgiera…? – Zapytała w końcu na wpół do siebie, na wpół do mistrza.
- Widać musi odpokutować swoje grzechy… Pamiętam jak by było to dziś… Słowa kierowane do rycerza de Fourycego „Jeszcze między starymi w Malborku znajdziesz godnych krzyża rycerzy, ale ci, co na pogranicznych komturiach siedzą zakałę tylko zakonowi przynoszą”…
- Mój pan taki nie był – Oburzyła się Zuzanna tuląc uszy
- Był taki jak oni wszyscy… - Odpowiedział odwracając się wielki mistrz - o wielu jego postępkach nie mieliście nawet pojęcia… A któż uczestniczył w zabójstwie rycerza de Fourycego? Kto przyczynił się do porwania córki Juranda? Przecenił swoje siły stając w szranki z rycerzem z Bogdańca…
Klacz schyliła ponownie łeb. Wielki mistrz istotnie miał rację
- Wy macie, za co darzyć sympatią owego Zbyszka gdyż na turnieju zachował się po rycersku i nie chciał się z wami potykać po pęknięciu popręgu przy moim siodle… Pamiętam to wszystko jak by to się stało wczoraj… - Szepnęła melancholijnie klacz – jakże bym mogła o tym zapomnieć? To był pierwszy turniej z wami… Teraz nas nie ma… Pozostała tylko wielka porażka…

***


Bitwa powoli dobiegała końca. Ostatni krzyżaccy rycerze oddawali się w niewolę lub po prostu dawali się zabić. Wkrótce odnaleziono też ciało wielkiego mistrza przykrytego zwłokami nieszczęsnego wierzchowca. Przyglądano się temu dziwnemu obrazowi. Białe ciało pięknej klaczy ze straszną raną na boku, jeszcze broczącą krwią i śmiertelnie blada, okrwawiona, ale w dalszym ciągu piękna twarz wielkiego mistrza. Jego oczy były zamknięte, a twarz dziwnie spokojna. Jego ręka spoczywała na głowie konia. Knechci odsunęli ciało krzyżackiego wierzchowca, a zwłoki wielkiego mistrza złożone na noszach zaniesiono przed króla, który naraz wydał rozkaz, aby starannie obmyto je w jeziorze i nim trumna będzie gotowa przykryto zakonnym płaszczem. Opowiedziano również królowi o wiernej klaczy wielkiego mistrza. Jagiełło istotnie przypomniał sobie zachwycającego wierzchowca wielkiego mistrza, którego pokazywał wielki mistrz pod czas pobytu na zamku w Kownie … Teraz mógł bliżej przyjrzeć się owej pięknej klaczy. Wydał również rozkaz, aby zwłoki klaczy również odesłano do Malborka razem z ciałem jej właściciela.

***


Od tego zdarzenia minęło prawie sześćset lat… Jednak do dziś brunatne fale Bałtyku i wiatr od morza przypomina nam o Ulryku von Jungingen i o jego wiernej Zuzannie…


KONIEC



Zuzanna von Jungingen 30/10/2008 16:22:28 [komentarzy 5] Zuzanna nie zginęła... ona żyje w nas...

Rozdział XXVII (ostatni...)

Rozdział XXVII

Od Autorki Miło spędziłam z wami te wszystkie miesiące… I kto by pomyślał? Z wami od stycznia! To była dla mnie czysta przyjemność! Nie skończyłam tego opowiadania przedwcześnie tak jak skończyłam opowiadanie o córce mustanga z dzikiej doliny… ten rozdział był od początku zaplanowany. To jest pierwsze moje opowiadanie, które udało mi się doprowadzić do końca. Chciałam pokazać w prostej powieści przyjaźń między koniem, a takim człowiekiem jak Ulryk. Czy ją pokazałam czy nie to musicie już zdecydować sami. Nie powiem, że nie było lepszych i gorszych chwil, ale nigdy nie było takich, w których miałam ochotę powiedzieć „Dosyć!” i to tylko dzięki wam. Dziękuję za wszystkie komentarze od początku do końca. Podejrzewam, że teraz z weną będę miała kryzys Wiem jedno połączyli nas „Krzyżacy” Forda i Sienkiewicza… Gdyby nie oni i wy to opowiadanie w ogóle by się nie rozkręciło i zakończyło.
Dziękuję!
A teraz zapraszam do czytania! Radzę się przygotować bo ja po napisaniu tego rozdziału i przeczytaniu miałam doła przez trzy dni :( wiecie z jakiego powodu…



Tannenberg 15 lipca ano domini 1410 po Chrystusie (dzień rozesłania apostołów)

Rozdział XXVII

Obudziłam się ponownie o świcie. Wielkiego mistrza już przy mnie nie było. Nocy nie przespałam z powodu pogody. O czwartej nad ranem wichura trochę się uspokoiła i deszcz przestał lać, ale nadal mocno wiało. Czułam się strasznie zdenerwowana jak część koni w tym obozie, w końcu to dzień bitwy. Pamiętam jak knechci chcieli mnie zabić… już mieli wbić miecz w mój bok, gdy powstrzymał ich wielki mistrz. Nie zapomnę nigdy tej chwili...
Na horyzoncie widać było czerwone łuny wschodzącego słońca. Wstrząsnęłam białą grzywą, zarżałam i schyliłam się po kęs trawy.
Jaskier spał. Ja skłoniłam głowę przed ledwo co widocznym jeszcze słońcem. Krzyżacy już dawno omawiali przebieg bitwy. Zapowiadało się na upalny dzień. Wytarzałam się w mokrej od rosy trawie.
Nastawiłam uszu gdyż ujrzałam mojego pana. Był w dość dziwnym humorze. Spojrzał mi w oczy. Ku mojemu zaskoczeniu stały w nich łzy! Odwzajemniłam jego poważne spojrzenie
- Niechaj dzieje się, co chce, ale mimo wszystko cieszę się, że miałam was za właściciela – szepnęłam.
Ulryk przejechał ręką po moim grzbiecie, spojrzał na kłąb i białą grzywę, po czym pogładził mnie po chrapach i odszedł. Westchnęłam i patrzyłam za nim współczującym wzrokiem. Czułam się dziwnie odpowiedzialna za tego człowieka…
Dostaliśmy sporo paszy i wody, ale ja nie wiele z tego ruszyłam. Słońce wstało zupełnie. Bałam się. Spojrzałam na pole i łzy poczęły spływać z moich oczu. Przyniosło mi to ulgę.
- Więc nadszedł ten dzień… - szepnęłam do Jaskra – Boję się…
- To normalne, miła… - odpowiedział ogier przeżuwając paszę. – Nie jecie?
- Jakoś nie mam ochoty… - rzekłam odwracając łeb w stronę Tannenbergu.

* * *

Osiodłano nas i oddano w ręce giermków. Na szyje założono mi jedwabną chustę zdobną krzyżem wielkiego mistrza z małą, złotą tarczą na środku, z czarnym orłem w koronie. Chłopak zaplótł mi mały warkoczyk na grzywie i związał źdźbłem trawy, po czym podprowadził mnie do wielkiego mistrza.
Dzień był bardzo upalny, ale wietrzny, co zostało po nocnej wichurze. Na twarzy mojego pana nie widziałam już wzruszenia, ale żądze walki i silną wolę zwycięstwa. Schyliłam delikatnie głowę. Giermek pogładził mnie po czole, poklepał po boku i oddał w ręce mojego pana.
* * *

Ruszyliśmy w pole. Było ono puste i posępne. Wiatr porywał tumanu kurzu i liście, które spadły z drzew po wczorajszej wichurze. Pole to zdawało się nie mieć końca, tylko przed nami rozciągał się sosnowy las, w którym kryło się rycerstwo polskie. Pragnienie dawało mi się we znaki, a jeszcze większe cierpienie sprawiało mi to, że pod moimi kopytami znajdowała się soczysta i mokra jeszcze od rosy trawa, ale na nią nie miałam co liczyć, ponieważ gdy się po nią schylałam moja głowa zostawała podciągana wodzą do góry. Po części to rozumiałam, gdyż to nie stosowne zabierać się za jedzenie w polu. Mogłam również choć trochę ruszyć paszę, którą pachołkowie dali nam na rano, ale nie miałam wtedy zbytniej ochoty na jedzenie.
Mijały minuty a wrogów jak niebyło tak nie ma. Nie tylko konie, ale i nasi rycerze zaczęli odczuwać upał. Powoli traciłam cierpliwość. Przestępowałam z nogi na nogę i szarpałam wodzą, nie cierpliwie obracając się.
- Chowają się w lesie – zaczął wielki marszałek Fryderyk von Wallenrode – Lepsi oni do łyżki, niż do oręża
Tu i ówdzie odezwały się pojedyncze chichoty
- Nie znacie ich – odpowiedział mu jeden z komturów – nie serca brak Polakom jak jeno wiem ich król do ostatka spodziewa się wysłanników pokoju.
Na te słowa odezwał się Henryk komtur człuchowski
- Hańba! Cała potęga zakonu Polaków się boi... Mnie śmierć milsza! Choć by sam jeden tymi mieczami na wojsko polskie uderzę.
- To przeciw posłuszeństwu – odpowiedział wielki mistrz obracając się w siodle i ściągając moją wodzę, gdyż gwałtownie rzuciłam łbem. – Radźcie jak nieprzyjaciela z boru wyciągnąć.*
W końcu za radą Gersforda posłaliśmy poselstwo do Polaków z wiadomością, aby nie odwlekali bitwy oddając im dwa nagie miecze. A jeśli im skąpo pola do bitwy to się im z wojskami ustąpi.
Po chwili zgodnie z obietnicą ustąpiliśmy nieco pola. Poczęłam grzebać kopytem w ziemi przy tym na przekór wielkiemu mistrzowi schylając łeb. W końcu nieprzyjaciel ruszył w pole. Pierwsza uderzyła Litwa. Ulryk spojrzał na pole, po czym zwrócił się do Wallenroda:
- Witold pierwszy wystąpił... Poczynajcie w imię Boże.
- Nie przejdą! Stratujemy tam naszych łuczników! – rzekł Wallenrod.
- Poczynać! – zawołał wielki mistrz unosząc prawicę.*
Odchyliłam lekko uszy do tyłu
- Gott mitt uns! – zawołał wielki marszałek, zasunął przyłbicę i wyjął miecz przynaglając konia.
Uczynił się straszny zgiełk. Spojrzałam na Jaskra. Ogier poważnie przyglądał się bitwie. Wokół unosiły się tumany kurzu. Widok był do prawdy przerażający! Wrzask unosił się nad całym Grunwaldem. Litwa powoli dała za wygraną.
Po chwili wielki mistrz pchnął do bitwy gości zakonu pod wodzą Lichtensteina. Na polach Tannenbergu zabrzmiały dwa donośne hymny: Christ is erstanden i Bogurodzica.
Hufiec ruszył w pole. Ciężka jazda polska uderzyła. Nagle ponad pole wzbił się radosny okrzyk naszych rycerzy, gdyż święta dla polaków chorągiew krakowska upadła, ale po chwili uczynił się straszny zgiełk i chorągiew znów się uniosła. Zboczyliśmy nieco od głównego pola. Nie brakowało u nas buńczucznych… Z naszego szyku na Spartakusie wyjechał naprzeciw Polakom jeden z naszych rycerzy Dypold Kökeritz von Diber. Jego płaszcz rozwiewał się w szalonym pędzie. Ogon gniadosza pięknie się uniósł. Pawie pióra na Chełmie Kökeritza furkotały na wietrze. Rycerz nastawił kopie, ale nagle z zaskoczenia uderzył go odłamkiem kopii jeden z przybocznych króla. Dypold zsunął się z konia i padł prosto pod nogi wierzchowca Jagiełły. Konia jego pochwycił kniaź Jamot, ale został śmiertelnie ugodzony. Rycerze chorągwi chełmińskiej rzucili się w akcie zemsty za towarzysza na Polaków, ale drogę zabiegliśmy im my. Wielki mistrz przynaglił mnie ostrogami. Uniosłam wysoko ogon i ruszyłam galopem na przód hufca. Czułam dziwne pobudzenie. Zarżałam głośno unosząc dumnie łeb. Ulryk wyszarpnąwszy miecz, począł wskazywać nim kierunek krzycząc „Herum!, Herum!”* I zaganiał ich tam, gdzie miał rozstrzygnąć się los tego dnia, czyli w kierunku głównej bitwy. Jeden z Polskich rycerzy skierował konia prosto na nas z nastawioną kopią. Jako że byłam bardzo rozpędzona nie miałam szans wyhamować. Jednak rycerz zawahał się, więc mistrz podbił mu kopię i zranił nieco konia, po czym rozeszliśmy się w swoją stronę. Usłyszałam tylko:
- Do broni! Niemce! Sam mistrz!
I ruszyła na nas straszna fala wojska polskiego. Nasze siły poczęły słabnąć. Mojemu panu brakowało już tchu w piersiach od zachęcania do boju. Ja sama byłam już strasznie zmęczona…
* * *

Wielki mistrz postanowił, że czas ruszyć do walki gdyż nasza sytuacja nie wyglądała najlepiej. Założył hełm, odebrał tarczę zdobną jego herbem i wziął kopię.
- Zatoczymy koło; z boku w nich!* – To rzekłszy zasunął przyłbice hełmu zdobnego pawimi piórami i spiął mnie ostrogami. Przez jakiś czas z powodu silnego podniecenia przestępowałam z nogi na nogę i wachlowałam dumnie uniesionym białym ogonem, ale przy drugim spięciu ruszyłam gwałtownie. Moja grzywa i ogon zaczęły się rozwiewać, kopyta głucho dudniły o murawę rozpryskując ją na wszystkie strony. Zostałam zgarnaszowana. Grzywa targana wiatrem rozwiewała się na wszystkie strony. Nasze wojska uformowały się w „klin”. Biały płaszcz z czarnym krzyżem mojego pana rozwiewał się na wietrze, rzekłbyś skrzydło białego orła. Rzuciliśmy się w war bitwy. Uczynił się taki chaos, że trudno było rozeznać, kto swój, a kto wróg. Co jakiś czas czułam rozdzierający ból ranionych członków. W przeciwieństwie do innych koni nie byłam aż tak przerażona. Jaskra w ogóle nie widziałam. Teraz dopiero zorientowałam się, że co innego jest oglądać bitwę ze wzgórza, a co innego brać w niej udział. Moja sierść okryła się kurzawą i krwią (nie tylko moją). Nozdrza drażnił kurz, którego wszędzie było pełno, kopyta co jakiś czas ślizgały się po zmoczonej krwią murawie lub potykały się o ciała leżące na ziemi, których tu nie brakowało. Po pewnym czasie nie czułam już prawie nic… Ni bólu od lekkich ciosów ni spływającej mi małymi, ale wartkimi strużkami po zranionym czole krwi. Jedynym bólem, jaki czułam był ten, jaki przeszywał mnie przy głębszych ciosach. Słyszałam przeraźliwy zgiełk bitewny i straszliwy wrzask ranionych wojowników lub zakonnych braci. Niejeden z rycerzy padał mi prosto pod nogi w śmiertelnych drgawkach. Właśnie ci, choć nieżywi byli najniebezpieczniejsi gdyż o takich najczęściej się potykałam. Kopyta moje były całe od świeżej krwi gdyż nie jeden został przeze mnie stratowany. Nagle wpadliśmy w potrzask. Uniosłam głowę i nastawiłam wysoko uszu. Byłam w pełnym zebraniu reagując na każdą nawet najlżejszą pomoc Jeździecką. Zewsząd otaczała nas piechota. Uniosłam się lekko na tylnich nogach wstrząsając grzywą. Zobaczyłam małą przerwę i wbrew woli mojego pana skierowałam się w jej stronę gwałtownym galopem wiedząc, iż w tej pętli czeka nas tylko śmierć, ale drogę zagrodził mi jeden z wielu Litwinów. Cofnęłam się ściągnięta wodzą. Zatrzymałam się i stanęłam dęba rżąc ostrzegawczo. W końcu zerwałam się do szybkiego galopu i przeskoczyłam wojownika zagradzającego mi drogę, ale przy skoku zahaczyłam o jego włócznie i rozcięłam nieco bok szyi. Teraz przynaglana ostrogami i palcatem rzuciłam się w war bitwy. Nie jeden padał od ciosu miecza wielkiego mistrza. Nagle jeden z rycerzy pchnął włócznią mojego pana ciężko go raniąc. Wielki mistrz osunął się na mój kark. Poczułam jego krew spływającą mi po boku. Starałam się nie popaść w panikę i rozpacz. Wstrząsnęłam grzywą i odbiegłam nieco na bok.
- Trzymajcie się panie! – Zarżałam czując iż Ulryk poczyna coraz bardziej słabnąć.
Chciałam udać się na wzgórze, do Jagiełły, oddać się w niewolę i przez to być może uratować mojego właściciela, ale zewsząd otaczało nas wojsko nieprzyjaciela i nie sposób było wyślizgnąć się z tej pętli. Bitwa trwała nadal, ale szybko okazało się, że to nie my „dobijamy resztki” jak to określił mój pan, ale Polacy. Szło nam gorzej niż źle i ta walka była tylko ratowaniem rycerskiego honoru. Takiej przewagi mój pan się nie spodziewał. Teraz już było pewne, że ta pętla zacisnęła się wokół zakonu decydująco i nic już jej nie przerwie. Sama czułam, że to już koniec. Wolałam zginąć razem z moim panem niż przeżywać podobną rozpacz, jak po śmierci Rotgiera. Robiłam wszystko byle by uchronić przyjaciela od ciosów. Jednak po chwili poczułam że jeździec zsuwa się z mojego grzbietu.
- Mistrzu! – Szepnęłam przerażona.
Ale niestety. Zorientowałam się nie w porę… Spojrzałam przerażona na mojego pana. W jego oczach można było ujrzeć po części przerażenie przed śmiercią, a po części triumf. Stuliłam uszy i stanęłam przed rannym chroniąc go od ciosów. Sama czułam ich tysiące na bokach i szyi. Wielki mistrz chwycił się za zranione miejsce. Jego biała dotychczas rękawica zabarwiła się na czerwono, a między palcami poczęła strużkami spływać krew. Ulryk padł na ziemię w agonii. Łzy poczęły spływać mi z oczu. Widok śmierci kogoś, kogo kochałam zaczął mnie prześladować. Najpierw Oreus (mój młodszy brat), potem Rotgier, a teraz Ulryk von Jungingen. Sława o mnie jako o koniu bojowym rozeszła się wszędzie, toteż raczej nikt nie ośmieliłby się mnie zabrać jako łup wojenny, gdyż prędzej by zginął. Poczęłam otrzymywać masę ciosów. Wszędzie, gdzie popadło! Krew poczęła wartko spływać po moim bezradnym i torturowanym ciele… Wszystkie moje wspomnienia, cała moja przeszłość stanęła mi przed oczami, wszystkie osoby. Czy mój pan brat Rotgier musiał zginąć? Bo gdyby nie zginął, nie była bym teraz na tym polu śmierci i nie miałabym teraz tak dostojnego jeźdźca na grzbiecie, jakiego mam a raczej miałam przed chwilą. Przed oczami stanął mi ten pamiętny cios toporem w ramię mojego pierwszego pana. Padłam na ziemię na wskutek śmiertelnego ciosu rohatyną w bok. Grot z ułamanym fragmentem drzewca utkwił w moim ciele. Ostatkiem sił i życia uniosłam łeb. Stał nade mną Jaskier z przerażoną miną.
- Zuzanno… - szepnął.
- Nic to przyjacielu… - odpowiedziałam czując mimo wolne łzy. – Nic to… Żegnaj mój miły!
Po tych słowach łeb opadł mi bezwładnie na ziemię. Moje nieszczęsne ciało przykrywało zwłoki von Jungingena do pasa… Krew poczęła się mieszać w wartkiej strudze z jego krwią… krwią „rycerskiego” Ulryka von Jungingen wielkiego mistrza zakonu Najświętszej Marii Panny. Srebrna zasłona przysłoniła mi oczy. Przestałam słyszeć wszelkie krzyki mordowanych mężów, widzieć krew oraz straszną wrzawę i czuć potworny ból życia…

Epilog:
Obudziłam się w zbożu, w otoczeniu ostróżyczek, chabrów i czerwonych niczym krew mojego pana maków. Wstałam niezdarnie niczym źrebak uczący się dopiero chodzić. Nagle poczułam straszny ból na szyi pod grzywą. Po boku, małą strużką popłynęła mi krew, ale po chwili ból zaczął zanikać i krew przestała się sączyć. W miejscu gdzie spadły krople wyrosło piękne drzewo magnoliowe, o kwiatach takiego koloru. Ujrzałam brata Rotgiera. Pogładził mnie po czole. Nie wiedziałam gdzie jestem, ani co tu robi mój poprzedni pan, ale mimo wszystko cieszyłam się, że go widzę. Nie czułam już nic. Ni bólu ranionych członków ni okrutnego życia, które tyle cierpień mi przysporzyło. Po niejakim czasie ujrzałam wielkiego mistrza. Ulryk podszedłszy do mnie, przejechał dłonią po moim grzbiecie, poczym pogładził po kłębie… Jak niegdyś…
Przeżyłam wiele cierpień w życiu, ale teraz Bóg mi to wynagrodził… Przymknęłam oczy i oddałam się czułym pieszczotom.



Dzień piętnastego lipca pańskiego roku 1410 po Chrystusie był dniem miażdżącej klęski krzyżackiej.
Jaskier po śmierci von Lichtensteina w bitwie stał się łupem wojennym Maćka z Bogdańca, a po niejakim czasie trafił do dawnej stajni w Spychowie. Nigdy nie zapomniał o pięknej Zuzannie.
Spartakus trafił do królewskich stajni. Wiedzie mu się dobrze. Stał się wierzchowcem Zbigniewa Oleśnickiego, owego rycerza, który pokonał jego poprzedniego właściciela.
Jantar pożył jeszcze długo jako wierzchowiec króla Jagiełły, aż w końcu padł na gruźlicę.
Nikt nigdy się nie dowiedział czyim wierzchowcem naprawdę był w przeszłości.
Sama Zuzanna nie dała o sobie zapomnieć… W każdą rocznicę bitwy galopuje po polu niosąc na grzbiecie wielkiego mistrza, z zasuniętą przyłbicą i nastawioną kopią. Jego płaszcz rozwiewa się na wietrze. Wielki mistrz podbija kopię najeżdżającemu akurat na niego Mikołajowi Kiełbasie po czym obydwoje nikną. Innym razem można ją spotkać galopującą swobodnie nad brzegiem Nogatu, a na jej grzbiecie jak zawsze sam mistrz Ulryk… Rzadko kiedy w nocy pod Grunwaldem klacz stoi dęba, cała poraniona, i chroni od dalszych ciosów śmiertelnie ugodzonego wielkiego mistrza. Zwiastuje to zawsze nieszczęście…


TŁUMACZENIA:
* Fragment filmu „Krzyżacy” w reżyserii Aleksandra Forda. (fragment kadru z tej sceny na szablonie)
* Fragment filmu „Krzyżacy” w reżyserii Aleksandra Forda
* Herum – Okrążyć
* Fragment filmu „Krzyżacy” w reżyserii Aleksandra Forda.



Kilka słów na koniec:

Bardzo smutno mi jest kończyć to opowiadanie. Tak samo jak jest mi smutno Uśmiercać główną bohaterkę i jej pana, ale niestety śmierć wielkiego mistrza jest historyczna. Będzie mi brakowało Zuzanny i wielkiego mistrza Ulryka von Jungingen, osobę, dzięki, której poznałam tak wspaniałego aktora jak Stanisław Jasiukiewicz (tym trudniej mi jest się z nim rozstać) i dzięki której Zuzanna odzyskała radość życia. Kończę już tą smutną historie, ale nie skończę korzystać z tego doskonałego portalu tak, tak o was mówię o blog4u gdyby nie wy nie miałabym tylu moim zdaniem fajnych blogów. Ta opowieść dobiegła końca…
Ale każda opowieść kiedyś się skończy, tak jak kończy się film czy książka, ale nie dam długo o sobie zapomnieć może w jakimś innym opowiadaniu o koniach z gatunku płaszcza krzyżackiego, albo bardziej współczesnego? Kij wie, ale na pewno wrócę.
Chciałam złożyć największe podziękowania paru takim stałym i niestałym xD czytelnikom i tym, którzy oddali mi jakąś przysługę:


DZIĘKUJĘ:

Redakcji blog4u: za to, że mam tego bloga gdyby nie wy nie napisałabym tego opowiadania

Gromce: za wykonanie dwóch szablonów oraz komentowanie mojego bloga

Dann: za czytanie mojego opowiadania oraz komentowanie, dawanie rad jak dobrze pisać ;) i zrobienie szablonu

K.N.:, Saka Devisza, Angels…(ile tam jeszcze tych Nicków miałaś? xD) za gorliwe czytanie, komentowanie mojego bloga, dodanie mnie do ulubionych i informowanie o nowych rozdziałach na Elipse, Vivarno i Czarnej łapie oraz odezwanie się na gg i pomoc przy szablonie

Deatis – Za rady i czytanie chociaż przy końcu, ale po części z mojej winy xD

Fioravanti: Za podanie gg, dodanie do ulubionych, komentowanie i wspomaganie

Juscie a może po prostu Justynie? Za wspomaganie, czytanie i czasami komentowanie

Spartanowi: Za wykonanie szablonu chociaż pod koniec ;) i informowanie o nowych rozdziałach… Chociaż niestety szablon mi się popsuł… ;/

Adze – Za czytanie, chociaż w finale i informowanie o nowych rozdziałach


I wszystkim, którzy zainteresowali się tym opowiadaniem, którzy komentowali i których nie wymieniłam.

Uwaga! Ci co czytali chociaż coś z tego opowiadania:
Podpiszcie się ;)

Chciałam również przeprosić pewne osoby, które może w jakiś sposób uraziłam, ale wybaczcie każdemu mogą puścić nerwy, kiedy ktoś na przykład kradnie czyjś pomysł. Jestem tylko człowiekiem i mam prawo się wkurzyć tak samo jak i wy.




Źródła:

Fragmenty kroniki Długosza (bitwa), „Krzyżacy” w reżyserii Aleksandra Forda (dialogi), pierwowzór filmu Forda (bitwa), forum WWW.historycy.org (Ulryk von Jungingen, jego śmierć, bitwa pod grunwaldem), Ulryk von Jungingen (charakter wielkiego mistrza i cechy osobowości (źródło również z WWW.historycy.org)), Przyłbice i kaptury (bitwa (dokładny przebieg i opis)


Zuzanna von Jungingen 1/10/2008 21:41:05 [komentarzy 7] Zuzanna nie zginęła... ona żyje w nas...

Rozdział XXVI (ostatni przedgrunwaldzki)

Rozdział XXVI (ostatni rozdział przed grunwaldzki)

12 Lipiec Rok 1410


Od paru miesięcy jesteśmy już w drodze. Wojska polskie stale się ze nami mijały. Polakom udało się zdobyć parę naszych zamków i przedostać się na drugą stronę rzeki. Bardzo zaskoczyło to mojego pana. W czasie drogi poznałam młodego ogiera mojej rasy. Zwali go Spartakus. Był to piękny gniady ogier z połyskującą sierścią i długą grzywą. Należał do niejakiego Dypolda Kӧkeritz von Diber rycerza z Łużyc. Miał coś takiego w sobie, co przypominało mi mojego młodszego brata: Oreusa. Był on wprawdzie kary, ale miał prawie, że identyczne cechy osobowości. Zginął zabity przez zdziczałego psa. Dopiero czternastego lipca rozbiliśmy obóz pod małą miejscowością zwaną Grunwaldem. Gdy tylko zdjęto mi siodło i całą uprząż padłam na zakurzoną murawę. Dzień był piekielnie upalny. Czasami lekki wietrzyk delikatnie ruszał moją grzywą. Moja sierść była cała mokra. Wytarzałam się w suchej trawie, po czym wstałam jeszcze bardziej zakurzona i brudna niż przedtem. Powietrze stało się ciężkie, a od zachodu zbliżały się ciemne chmury. Po nie, jakim czasie zaczęło kropić. Deszcz zmył z mojego grzbietu kurz. Była to dla nas prawdziwa ulga.
- Spójrzcie na polski obóz Zuzanno – Usłyszałam za sobą Spartakusa.
Odwróciłam głowę w kierunku wskazanym mi przez ogiera. Nad polskim obozem było spokojnie i nic nie wskazywało na to, aby to się miało zmienić.
- Dziwne – Mruknęłam wytrzepując się z wody.
Jednak przez kark przebiegł mi zimny dreszcz. A jeśli to znak zesłany przez niebiosa? Poczęłam chodzić bezradnie po łące jak dziecko we mgle i myśleć: co teraz? Jeżeli to istotnie znak to, co on oznacza? Klęskę? Zwycięstwo? Te pytania stale mnie dręczyły. Zastanawiałam się, co teraz robi mój pan… Czy również zauważył to dziwne zjawisko? W końcu zatrzymałam się. Przez chwilę rozglądałam się, aż w końcu położyłam się na trawie wśród innych koni. Nie wiedziałam, kiedy zasnęła i jak długo spałam. Ze spokojnego snu wy budził mnie gwałtowny poryw wiatru, fala deszczu i odgłos burzy. Stanęłam przerażona dęba i zarżałam głośno. Poczułam linę na szyi. Stuliłam uszy i poczęłam się wyrywać. Stanęłam na cztery kopyta. Pachołek delikatnie pogładził mnie po czole i przywiązał do drzewa. Intuicja nakazywała mi zerwać linę i uciec gdzie mnie oczy poniosą, ale rozsądek rozkazywał stać spokojnie i nie przejmować się zwykłym żywiołem wszak jestem koniem bojowym i do tego samego mistrza! Miałam piekielną ochotę zasnąć, ale pachołkowie robili wszystko byle by mi w tym przeszkodzić… Woda ściekała z mojej grzywy strumieniami, silna wichura przeszywała mnie do szpiku kości. Okryto nas derkami.
- Zły znak! – Usłyszałam gdzieś za sobą.
Byłam niemal, że nieprzytomna. Chciałam zaznać trochę pieszczot i czułości, ale byłam stale w ruchu i nikt nie miał czasu się mną zająć. W końcu poczułam znajomy dotyk przy kantarze. Ożywiłam się nieco. Wielki mistrz poklepał mnie po grzbiecie. Zdjęto mi derkę i okryto suchą. Wichura stale zrywała dachy znad głowy. Deszcz lał jak z cebra. Błyskawice raz po raz rozświetlały ciemność. Mimo wszystko byłam przerażona. Nie straszne mi były armaty, miecze czy kopię, jednak bałam się żywiołu, chociaż to nie była zwykła burza… Czułam to. Raz po raz czułam gładzenie po mokrym boku jednak po chwili mój pan niepewnie objął moją szyję. Położyłam głowę na ramieniu mistrza. Woda ściekała z mojej szyi i ogona. Poczułam się bezpieczniej. Wiedziałam, że w pewnym sensie odpowiadam za życie tego człowieka. Wichura uspokoiła się na dwie godziny przed świtem. Obudziłam się na leżąco, w dziwnej pozie. Obok mnie z głową opartą o bok mojej szyi spał wielki mistrz. Nie wyglądał najlepiej. Był przemoczony do nitki…


Zuzanna von Jungingen 21/09/2008 17:13:58 [komentarzy 7] Zuzanna nie zginęła... ona żyje w nas...

Rozdział XXV

Rozdział XXV

Marienburg. Zima pańskiego roku 1409 po Chrystusie

Nadeszła Zima. Cały kraj pokrył się lekkim białym śniegiem. Lód skuł rzeki. Konie rozgrzebywały kopytami śnieg w poszukiwaniu pożywienia. Ja stałam na lekkim wzniesieniu i patrzałam na biały jak moja sierść krajobraz. Biała, lekka grzywa rozwiewała się na wietrze. Z nozdrzy wydobywała się para. Orzeźwiający bałtycki wiatr targał moim wysokim ogonem. Od ostatniego czasu nie miałam na nic ochoty. Dręczyła mnie myśl o wojnie i co z niej wyniknie. Spuściłam łeb i poczęłam nosem rozgarniać śnieg w poszukiwaniu koniczyny, pomagając sobie kopytem. Nie wiele tego było, ale zawsze wystarczyło żeby nieco uzupełnić poranny posiłek. Uniosłam łeb i zaczęłam galopować po padoku. Śnieg pryskał spod moich podków i delikatnie chrzęścił. Bujny i wysoko uniesiony ogon delikatnie falował na wietrze. Długa grzywa lekko się rozwiewała. Po chwili z galopu przeszłam w dumny pasaż. Przystanęłam na środku padoku i zarżałam donośnie, po czym ruszyłam stronę płotu. Stanęłam i odchyliłam uszy do przodu unosząc wysoko głowę. Zaczęłam rżeć gdyż ujrzałam mojego pana. Lekkim kłusem przebiegłam cały padok. Wielki mistrz najwyraźniej nie miał czasu gdyż mówił coś do swojego giermka. Chłopak już miał wejść na padok i mnie złapać gdy ja ruszyłam szalonym galopem, zgrabnym skokiem przeskoczyłam płot i stanęłam przed mistrzem patrząc nań dumnie tak jak bym chciała powiedzieć „Służę wam panie”. Ulryk przemierzył mnie nieco zaskoczonym wzrokiem, chwycił mnie za kantar i przekazał giermkowi. Chłopak przypiął mi uwiąz i zaprowadził do stajni żeby osiodłać. Po chwili stanęłam na dziedzińcu. Dawnym zwyczajem zaczęłam gryźć wędzidło, schylając przy tym łeb. Dopiero, gdy ujrzałam mojego pana podniosłam dumnie głowę, wstrząsnęłam jedwabistą grzywą i zarżałam. Zostałam spięta ostrogami. Ruszyłam lekkim kłusem, a za nami cała reszta. Wyjechaliśmy z twierdzy i ruszyliśmy w stronę pobliskich borów. Zatrzymaliśmy się dopiero na małej polanie. Zaczęłam delikatnie unosić przednią nogę i podrzucać łbem. Dopiero mocniejsze ściągnięcie wodzy utrzymało mnie w miejscu. Nasz postój był czymś w rodzaju omówienia przebiegu łowów. Na przekór starałam się niżej schylić łeb, ale wielki mistrz był silniejszy, zawsze moja głowa zostawała podciągnięta. W końcu ruszyliśmy w las. Z nastawionymi uszami, lekkim kłusem przemierzałam bór. Mój ogon delikatnie falował na wietrze. Wielki mistrz ściągnął moją wodzę, i rozejrzawszy się Delikatnie poklepał mnie, po czym przynaglił. Nagle przed nas wybiegł piękny Jeleń, jego płowa sylwetka musnęła przed moim nosem i uciekła w las. Zostałam spięta ostrogami. Delikatnie stanęłam dęba i ruszyłam dzikim galopem. Obok mnie łeb w łeb galopował Rodryg. Płaszcz mojego pana rozwiewał się na wietrze. Uniosłam majestatycznie ogon i jeszcze bardziej przyspieszyłam biegu zostawiając ogiera w tyle. Zwierze było dość szybkie i zwinne. Delikatnie odbijało się majestatycznymi ruchami od ziemi. Zgrabnym skokiem pokonałam konar i zaczęłam się coraz bardziej zbliżać do ofiary po części z tego powodu, iż Jeleń począł się męczyć. Nagle mój pan puścił wodzę. Usłyszałam brzęk cięciwy i ujrzałam jak zwierze potyka się i pada martwe znacząc śnieg krwią. Instynktownie zatrzymałam się.
- Czyja to była strzała? – Zapytał jeden z rycerzy
- Moja – odrzekł wielki mistrz starając się mnie opanować.
Po chwili rozdzieliliśmy się, ale byliśmy w pewnej odległości od siebie widząc się nawzajem. Ruszyliśmy przez pole. Upolowaliśmy przy okazji parę ładnych bażantów. Dopiero pod wieczór rozbiliśmy obóz. Zdziwiło mnie to, że wielki mistrz skierował mnie na małą polankę nieco dalej od obozu. Było jeszcze w miarę widno. Ulryk zeskoczył z mojego grzbietu i padł na śnieg. Schyliłam delikatnie łeb i poczęłam ocierać się o von Jungingena. Mistrz położył rękę na moim nosie i począł czule gładzić. Po chwili uniósł się, ale nie wstawał. Położyłam głowę na jego ramieniu. Gdyby widział mój wzrok od razu odgadnąłby, o co chodzi. On sam myślał nad tym prawie codziennie. Zmienił się od tego czasu (to jest od wypowiedzenia wojny Polsce) nie do poznania. Często chodził zamyślony po dziedzińcu zamkowym czy swoim pałacu. Stracił po części swoje poczucie humoru. Jego oczy stały się jeszcze bardziej poważne i przenikliwe niż przedtem tracąc po części swój błysk humoru. Ale mimo wszystko kochałam go takiego, jaki był.
- Wiem, co przeżywacie Zuzanno – Westchnął po chwili wielki mistrz – Od Śmierci Konrada wszystko poczęło się sypać… Czasami nie daję już rady… Może i źle uczyniłem wypowiadając wojnę Polsce? Wszak to silny kraj…
Zarżałam cicho i położyłam się obok mistrza. Mała łza potoczyła się po moim policzku. Zrobiło mi się dziwnie żal tego człowieka. Po chwili milczenia wstaliśmy i skierowaliśmy się do obozu. Stałam zamyślona patrząc w biały krajobraz. Powoli i ostrożnie podszedł do mnie Jaskier.
- Cóż tobie jest miła?
Odwróciłam łeb w jego stronę
- Gdybyś widział jego rozterki – Szepnęłam bliska wzruszenia – Nie tylko my odczuwamy trudy wojenne… Dochodzę miły, do wniosku, że mamy wspólne zmartwienia z moim umiłowanym właścicielem…
Po tych słowach spuściłam głowę. Ogier począł delikatnie ocierać się łbem o moją szyję
- Za prawdę ciężki żywot mają ci, na których spoczywa odpowiedzialność i władza… – Westchnął Jaskier unosząc delikatnie łeb.
- Co prawda… To prawda – Odrzekłam zamyślona – Ty jedyny z koni w tej stajni rozumiałeś mój ból i byłeś przy moich cierpieniach… Za to Cię miłuję…
Ogier przyłożył łeb do mojego czoła i szepnął:
- Nigdy was nie zapomnę i nie opuszczę Zuzanno…


Zuzanna von Jungingen 16/09/2008 17:49:55 [komentarzy 6] Zuzanna nie zginęła... ona żyje w nas...

Rozdział XXIV

Rozdział XXIV

Od Autorki: No niestety ta opowieść dobiega końca nie długo ostatni rozdział  Teraz te rozdziały tak często nie będą się pojawiały… Wiecie szkoła ;(


Po niejakim czasie ruszyliśmy na Złotoryje. Teraz wojna z polską była już pewna. Miałam już serdecznie dosyć tych posunięć mojego pana. Stale byliśmy w terenie. Lato tego roku było takie jak zawsze, czyli gorące i suche. Za nami czasami odzywały się soczyste teutońskie przekleństwa i równe sapanie koni. Tym razem nie spieszyło na się aż tak bardzo. Dopiero o pod wieczór rozbiliśmy obóz niedaleko jakiegoś miasteczka. Poczułam prawdziwą ulgę gdy pachołkowie w końcu zdjęli mi siodło z grzbietu. Sierść była cała mokra od potu i brudna od kurzu. Z miłą chęcią wytarzałam się w trawie. Stanęłam patrząc na powoli chylące się ku zachodowi słońce. Powoli podszedł do mnie Jaskier. Spojrzał mi w oczy i przyłożył swoje czoło do mojego.
- Zali miłujecie mnie? – Szepnął
Spojrzałam mu prosto w oczy
- Miłuję… - odpowiedziałam zanurzając głowę w jego karej grzywie
Jaskier westchnął cicho i odciążył tylne kopyto.
- Tegom chciał – odpowiedział przykładając czoło do mojego czoła.
Po tygodniu szybkiego marszu dotarliśmy do Złotoryi. Mój pan rozkazał postawić przed bramą suto zastawiony stół dla najwyższych rangą urzędników, wezwał niewiasty z Torunia i linoskoczków. Niewiasty przyozdobiły moją grzywę kwieciem i biżuterią. Gdy trwała rzeź nasi bawili się w najlepsze. Śmiechy i gwar mieszały się z krzykiem zabijanych obrońców. Nagle von Lichtenstein coś szepnął do mojego pana, który wstał, klasnął w dłonie i rzekł
- Wyprowadzić Zuzannę!
Zwiewnie ubrane młode dziewczyny chwyciły mój uwiąz i podprowadziły do stołu po czym skłoniły się i odeszły. Nastawiłam uszu i uniosłam dumnie łeb i ogon. Wielki mistrz skinął na pachołka, aby podprowadził mnie bliżej, po czym wstał i pogładził mnie po kości nosowej.
- Zaiste piękna to klacz – Rzekł po chwili – Jej inteligencja i mądrość dorównują urodzie. Jeżeli ktoś w obecności tego konia odważy się podnieść na mnie rękę – Gore mu!
Po czym spojrzał na mnie i uniósł lekko uwiąz. Stanęłam dęba bijąc przednimi kopytami w powietrze i rżąc. Po chwili opadłam na cztery kopyta i zaczęłam biec kłusem dookoła mojego pana unosząc i wachlując wysokim jedwabistym ogonem. Wystarczył jeden delikatny ruch uwiązem abym się zatrzymała i stanęła w pokazowej pozie. Tu i ówdzie odezwały się oklaski i wyrazy uznania. Schyliłam delikatnie łeb i wstrząsnęłam grzywą. Uczta nadal trwała, a ja zajęłam honorowe miejsce stojąc u boku mojego pana.
- Dziwne pomysły macie panie… - Mruknęłam odchylając lekko uszy do tyłu i patrząc jak nasi „dobijają resztki”.
Po chwili lekko chwyciłam mojego pana za płaszcz patrząc nań bystro. Wielki mistrz od razu pomiarkował o co mi chodzi gdyż skinął na sługę i rzekł:
- Przygotować ją do jazdy…
- Tutaj? Teraz? – Zapytał pachołek
- Nie pojutrze w Malborku… - Odpowiedział Ulryk obrzucając pachołka pogardliwym spojrzeniem
Chłopak chcąc nie chcąc musiał dać sobie radę na miejscu. Po chwili stałam już osiodłana. Von Jungingen powoli do mnie podszedł, poklepał po boku i dosiadł mnie. Poczęłam stępować w miejscu poczym po spięciu ostrogami ruszyłam lekkim kłusem, który po chwili przerodził się w galop. Skierowana wodzą ruszyłam w stronę stołu i jednym zgrabny skokiem przeskoczyłam go. Zatrzymałam się i po delikatnym ruchem wodzy odwróciłam się w stronę stołu. Zaczęłam obracać się na tylnej nodze. Byłam już trochę zmęczona. W końcu zatrzymałam się. Wielki mistrz zeskoczył z mojego grzbietu i objął mój kłąb ramieniem. Skłoniłam lekko łbem po czym uniosłam go dumnie.
- Vento! Rozsiodłaj konia bo zmordowany! – Zawołał wielki mistrz na swojego giermka delikatnie gładząc mnie ręką od potylicy po sam kłąb. Giermek chwycił mnie za zdobny kantar i zaprowadził na ubocze żeby mnie rozsiodłać. Jego jako jedynego z sług wielkiego nigdy nie skrzywdziłabym nigdy. Umiał się ze mną porozumieć i obchodzić, co prawda nie tak jak wielki mistrz, ale to wystarczyło. Po rozsiodłaniu podprowadzono mnie tam gdzie wcześniej czyli u boku Ulryka. Mimo wesołego klimatu mi humor się nie udzielał. Nastawiłam delikatnie uszu podniosłam oczy. Z mojego spojrzenia można było odczytać tęsknotę, smutek i niepokój. Tęskno mi było do Rotgiera, a zarazem jego imię wywoływało we mnie oburzenie. Bałam się wojny, ale była ona przeczuwana od ośmiu lat. Przybliżyłam łeb do równie zamyślonego jak ja wielkiego mistrza i poczęłam delikatnie się łasić. Mistrz położył rękę na mojej kości nosowej. Przymknęłam oczy czując jego delikatny dotyk na mojej sierści.
- Cokolwiek by się nie stało zawsze pozostaniecie mi w pamięci jako przyjaciel i wierny sługa Suzanno.
Nastawiłam lekko uszy. Wielki mistrz używał tej formy mojego imienia gdy chciał mi coś ważnego dać do wiadomości. Cicho zarżałam i schyliłam łeb. Czułam się dziwnie. Słonce powoli chyliło się ku zachodowi. Nasi poczęli się zbierać. Zaprowadzono mnie do stajni. Przez dobrą godziną rozmyślałam nad życiem, aż w końcu oddałam się w objęcia snu.


Zuzanna von Jungingen 7/09/2008 19:14:33 [komentarzy 4] Zuzanna nie zginęła... ona żyje w nas...

Rozdział XXIII

Rozdział XXIII

Od autorki: Przy końcu trochę smutny jak na razie to resztki mojej weny, ale nadal ciekawe ;)

Niepewnie otworzyłam oczy. Było mi strasznie nie dobrze. Powoli wstałam, ale gdy tylko pewnie stanęłam na nogach moją szyję i bok rozsadziło straszne pieczenie. Rozejrzałam się. Było jeszcze ciemno, cały obóz jeszcze spał. Zaczęłam się po nim przechadzać. W końcu zaczęłam zmierzać do namiotu wielkiego mistrza. Strażnicy zaspali. Przyjrzałam się im aż w końcu ugryzłam mocno jednego z nich w rękę. Jednak mało, co to dało gdyż strażnik miał założone mocne skórzane rękawice. Odchyliłam łbem zasłonę i zajrzałam do namiotu, po czym podeszłam do śpiącego wielkiego mistrza i poczęłam przyjaźnie trącać go nosem. Podniosłam łeb, nagle zobaczyłam przed sobą uniesioną klingę miecza. Odchyliłam delikatnie uszy do tyłu, ale momentalnie je postawiłam patrząc sokolim wzrokiem na wielkiego mistrza. Ulryk wstał i pogładził mnie po czole odgarniając delikatną grzywkę.
- Jednak daliście sobie z tym radę… - Rzekł wielki mistrz mierząc mnie wzrokiem.
Cicho zarżałam, po czym odwróciłam się i odeszłam dumnym krokiem delikatnie wachlując wysoko uniesionym ogonem.
- cała Zuzanna – westchnął mistrz patrząc za mną. Zatrzymałam się przy namiocie i obok niego znalazłam dogodne miejsce, na którym się położyłam.
Z lekkiego drzemania wybudził mnie pachołek uderzając mnie lekko, ale tak abym poczuła palcatem. Rozejrzałam się. Gdy upewniłam się, że nikogo nieodpowiedniego nie ma w pobliżu wbiłam mocno zęby w rękę chłopaka
- To już było przegięcie psubracie! - Wycedziłam wstając.
Obrzuciłam go cynicznym spojrzeniem, po czym ruszyłam dumnym kłusem w stronę mojego pana. Wielki mistrz przywitał mnie czułym gładzeniem po chrapach. Poczęłam delikatnie chwytać zębami jego szatę zakonną. W odpowiedzi zostałam podrapana po czole aż pod samą grzywką. Po chwili podszedł do nas pachołek. Wziął mnie na uwiąz i przywiązał do drzewa. Przez chwilę delektowałam się przyjemnymi ruchami zgrzebła na mojej delikatnej sierści.
- Nie pozwalaj sobie psie… - Syknęłam unosząc tylne kopyto, gdy pachołek doszedł do mojego zadu.
Po czyszczeniu przyszła pora na zakładanie wodzy i całej uprzęży łącznie z siodłem. Przy zapinaniu popręgu przez niedelikatność pachołek mocno oberwał w ramię.
- Boże mój! Czemuż ty pokarał mnie takim idiotom?!… - Szepnęłam podążając za chłopakiem.
Po chwili dosiadł mnie już w nienajlepszym humorze wielki mistrz. Zaciekawiło mnie to, co tak rozwścieczyło mojego pana.
- Co jest? – Zapytałam bliżej stojącego Jaskra
- Polacy ruszyli na Malbork… - Odpowiedział Jaskier podciągnięty wodzą
- Jak zwykle wiecie więcej ode mnie… - Odpowiedziałam wstrząsając grzywą.
Jaskier spojrzał na mnie dumnym wzrokiem, po czym ruszyliśmy przynagleni kłusem.
Postanowiliśmy przeciąć Władysławowi drogę. Był to trudny marsz gdyż naszym strasznie się spieszyło. Postój robiliśmy dopiero wtedy, kiedy konie nie miały już w ogóle siły iść. Pod wieczór zatrzymaliśmy się na małą przerwę w okolicach Malborka. I tutaj było widać ślady najazdu na miasto. Po chwili znów ruszyliśmy. Tym razem galopem. Ciężar mojego pana zaczął mi coraz bardziej ciążyć, oddychanie sprawiało mi ból, a z nosa poczęła cieknąć woda. Nagle uderzyłam się mocno w nos gałęzią. Cofnęłam się do tyłu z powodu szoku i bólu. Z moich nozdrzy pociekła krew.
- Zuzanno! – Zarżał Jaskier
Spojrzałam nań zbolałym wzrokiem
- Stójcie! – Usłyszałam nad sobą.
Wielki mistrz zszedł z mojego grzbietu i spojrzał na moje zbroczone krwią chrapy. Spuściłam łeb. Z moich oczu popłynęła mała spowodowana bólem łza. Wielki mistrz wyjął z zanadrza jedwabną chustkę i delikatnie starł krew z moich chrap. Przez chwilę trzymałam spuszczony łeb, aż w końcu uniosłam go i spojrzałam dziękczynnym wzrokiem na mojego pana tak jak bym chciała powiedzieć „dziękuję”. Po czym ponownie ruszyliśmy do Malborka. Jeszcze przez jakiś czas z moich nozdrzy skapywała kroplami na ziemię krew, a głowę rozsadzał dokuczliwy ból. W końcu powróciliśmy do Malborka. Czułam się tak jak wtedy, kiedy opuszczałam Szczytno. Z tym wspomnieniem powróciło to o bracie Rotgierze i o moim bolesnym dojrzewaniu.


Zuzanna von Jungingen 25/08/2008 23:06:31 [komentarzy 6] Zuzanna nie zginęła... ona żyje w nas...

Rozdział XXII

Rozdział XXII


Leniwie otworzyłam oczy obudzona przez pachołka. Za nim stał mój pan
- Ciesz się, że stoi tu mój właściciel psie, bo inaczej być zachodu słońca nie dożył – syknęłam, Po czym wstałam na nogi.
Po niejakim czasie stałam na dziedzińcu osiodłana. Przywitałam wielkiego mistrza radosnym rżeniem. Ulryk wsiadłszy na mnie poklepał mnie po szyi i lekko spiął ostrogami. Ruszyłam swobodnym kłusem, a za nami reszta naszego orszaku.
Dzień był dość ciepły. Delikatny wiaterek rozwiewał moją długą białą grzywę i dumnie uniesiony ogon. Po tygodniu wędrówki dotarliśmy nareszcie do Malbordzkiego zamku.
Z radością padłam na utęsknioną ściółkę czując radość z powrotu do domu
- Jednak nie ma to jak w domu… - Zawołałam

* * *

Wiosna pańskiego roku 1409 po Chrystusie

Wiosna tego roku była bardzo ciepła. Obudził mnie pachołek. Z czystej złości ugryzłam go mocno w rękę. Mężczyzna uniósł bat
- A spróbuj bydlaku! Zobaczymy czy się odważysz – Zarżałam stając w walecznej pozie gotowa stanąć dęba i wytrącić człowiekowi narzędzie z ręki uderzeniem kopyta.
Mierzyliśmy się bojowym wzrokiem. Moje uszy kierowały się nieznacznie ku tyłowi niemal, że przylegając do karku. Jednak pachołek opamiętał się. Najwyraźniej domyślił się, że jestem koniem bojowym lub przewidział konsekwencje tego czynu. Chwycił mnie za kantar i wyprowadził na pastwisko. Mierzyłam go przez cały czas triumfalnym wzrokiem, aż w końcu odeszłam w głąb padoku do innych klaczy. Zaczęłam zbierać soczystą trawę. W końcu padłam na grzbiet i zaczęłam tarzać się w mokrej trawie. Po chwili zgrabnym podskokiem wstałam na równe nogi. Wytrzepałam się z źdźbeł trawy i kwiatów wplątanych ma moją grzywę. Nagle moje uszy wyłapały znajome gwizdanie. Nastawiłam je wysoko i uniosłam głowę spoglądając w stronę płotu. Przy ogrodzeniu stał mój pan. Zerwałam się do galopu unosząc dumnie biały jedwabisty ogon. W mgnieniu oka znalazłam się przy płocie. Na sam początek dostałam świeże ziarno
- Czymś chcecie mnie przekupić panie… – Mruknęłam zbierając z dłoni wielkiego mistrza owies.
- Osiodłać ją – Zwrócił się mój pan do pachołka.
Chłopak wziął mnie na uwiąz
- I pospieszcie się – Usłyszałam za sobą
Podążyłam za pachołkiem zastanawiając się poco ten pośpiech. Nie obeszło się bez paru ugryzień z powodu nie uwagi pachołka. Zdziwiło mnie to że chłopak nałożył mi derkę zakonną. Na dziedzińcu stało parę naszych chorągwi.
- A więc dawno przeczuwana wojna z Polską i Litwą nadeszła… - Mruknęłam.
Dla zabicia czasu zaczęłam się bawić wędzidłem. Właśnie się schylałam, ale poczułam ciężar na grzbiecie i moja głowa została podciągnięta do góry. Ledwo co poznałam Jaskra w derce.
- Co się dzieje? – Zapytałam – Poco ten Pospiech?
- Na Żmudzi wybuchło powstanie anty krzyżackie… - Odpowiedział Jaskier.
Wielki mistrz spiął mnie ostrogami. Ruszyłam galopem zastanawiając się skąd Jaskier wie o wiele więcej co dzieje się w naszym państwie niż ja. Długo szybkiego tempa nie utrzymaliśmy. Po chwili zwolniliśmy do kłusa, a jeszcze później do stępa. Była to moja pierwsza wyprawa wojenna.
Po tygodniu szybkiego tempa dojechaliśmy na Żmudź i rozbiliśmy tam obóz. Przyjemnie znów było nie mieć na sobie derki. Było już ciemno. Księżyc był w pełni. Stałam spokojnie odciążając tylne kopyto i przymrużając oczy. Moja grzywa lekko falowała na delikatnym wietrze a sylwetka zdawała się być srebrna w świetle księżyca. Delektowałam się ciszą wieczora i śpiewem słowików. Lekki wietrzyk falował taflą jeziora. Poczułam niepewne dotknięcie czyjeś ręki na zadzie. Powoli odwróciłam głowę. Za mną stał wielki mistrz. Podeszłam powoli do swojego pana. Ulryk pogładził mnie po czole po czym stanął na wzgórzu. Podążyłam za nim i delikatnie chwyciłam jego płaszcz próbując go ściągnąć.
- daj spokój… - Odezwał się wielki mistrz poprawiając płaszcz i kładąc rękę na mojej kości nosowej.
Wiedziałam że nie jest w najlepszym nastroju do żartów widać to było po nim. Mimo to dla zabawy próbowałam na przekór kierować moją kość nosową do przodu. Jednak po chwili uniosłam łeb i spojrzałam mistrzowi w oczy tak jak bym chciała powiedzieć:
- Nie przejmujcie się przyszłością… Damy radę tej hołocie
Po czym schyliłam łeb zbierając koniczynę. Ulryk przyglądał mi się przez chwilę aż w końcu odszedł. Przez chwilę odprowadzałam go wzrokiem po czym powróciłam do mojego poprzedniego zajęcia.
Obudzono mnie bardzo wcześnie, wyczyszczono i założono derkę. Po chwili dosiadł mnie wielki mistrz. Był w zbroi, ale jak na razie bez hełmu. Ruszyliśmy w pole. Mój pan brał udział w walce. Czułam dziwne pobudzenie. W końcu ruszyliśmy. Moje uszy kierowały się ku przodowi. Uniosłam wysoko ogon. Moja derka furkotała w powietrzu tak jak strusie pióra na Chełmie mojego pana. Jego płaszcz rozwiewał się w szalonym pędzie. W końcu nasze kopie roztrzaskały się o drewniane tarcze Żmudzkich wojowników. Uczynił się straszny zgiełk i wrzask. Czułam przerażający ból kutych członków. Obok nas walczył Jaskier ze swoim panem. Stawałam dęba, gryzłam i kopałam przeciwników. Byłam w pełni skupiona. Stanęłam dęba bijąc przednimi kopytami w powietrze. Szybko zaczęliśmy górować nad tą szarżą. Wokół było pełno krwi, po której się ślizgałam. Nagle mój pan od lekkiego uderzenia drzewcem włóczni w kark zsunął się z mojego grzbietu. Co gorsza byliśmy w krytycznej sytuacji gdyż zewsząd okrążały nas niedobitki wojowników. Stuliłam uszy i stanęłam dęba chroniąc mojego pana. Którykolwiek się zbliżył został śmiertelnie kopnięty lub mocno ugryziony. Jeden z nich zaczął mierzyć cios swoją włócznią w wielkiego mistrza. Stuliłam uszy i stanęłam w walecznej pozie. Żmudzin spojrzał na mnie. Stuliłam uszy i stanęłam przed podnoszącym się wielkim mistrzem. Powstaniec nastawił włócznie. Stanęłam dęba i ruszyłam na wojownika. Przez przypadek mocno ukłułam się mocno o grot jego broni. Krew popłynęła z rany i splamiła derkę. Zaczęliśmy się okrążać. W końcu natarł Żmudzin Stanęłam ponownie dęba i na oślep uderzyłam mocno kopytami. Gdy zorientowałam się co się tak naprawdę stało zobaczyłam że mam dotkliwie zranioną szyję, ale stoję na martwym wojowniku. Odwróciłam się. Wielki mistrz spojrzał na mnie zaskoczony. Powoli podeszłam do niego, ale nagle nogi poczęły się pode mną giąć i padłam pod nogi wielkiego mistrza. Ulryk schylił się.
Spojrzałam nań błędnym wzrokiem. Usłyszałam tylko szept
- Uratowaliście mi życie Zuzanno… Trzymajcie się!
Zarżałam słabym głosem i straciłam przytomność…


Zuzanna von Jungingen 18/08/2008 21:32:03 [komentarzy 4] Zuzanna nie zginęła... ona żyje w nas...

Rozdział XXI

Rozdział XXI

Od Autorki: Potrzebowałabym, nowy szablon. Fotki przygotuję i szczegóły podam w meilu proszę o zgłoszenie się w komentarzu, albo w księdze. Ja podam swojego meila.

Na drugi dzień wyprowadzono nas na padok. Zaczęłam delikatnie zbierać koniczynę, gdy natrafiłam na głowę Jaskra. Uniosłam swoją patrząc na ogiera. Przez chwilę mierzyliśmy się wzrokiem, aż, w końcu zanurzyłam swoją głowę w jego ciemnej sierści. Koń cofnął się delikatnie o krok, ale nie odszedł
- Zuzanno ja...
- Daj spokój... – Szepnęłam. – Też to czujesz
Ogier spojrzał mi w oczy i powoli zbliżył swoje czoło do mojego potem kierując łeb ku mojej szyi delikatnie ją szczypiąc. Westchnęłam przymykając oczy po czym przybliżyłam się do niego bardziej i szepnęłam
- Nie mnie bez was żyć bracie...
Ogier odchylił delikatnie uszy do przodu poczym szepnął
- Tak samo jak mnie bez was dostojna Pani!

Popołudnie było spokojne. Stałam spokojnie przyglądając się pracy pachołków. Po chwili podszedł do mnie Rodryg. Trąciłam jego szyję nosem po czym rzekłam:
- Nie wydaję mi się, aby z tego wyszło...
Ogier spojrzał na mnie, westchnął i odpowiedział:
- Zróbcie, co będziecie uważali za słuszne...
- Rodrygu! – Zawołałam patrząc ogierowi w oczy – To była tylko przelotna miłość! Tak naprawdę nic do siebie nie czujemy...
- Może i macie rację... – Odpowiedział ogier
- Co waść jesteście tacy obojętny? – Zapytałam patrząc na kasztana.
Rodryg wstrząsnął grzywą i odbiegł na środek padoku. Jaskier podszedł do mnie i począł ocierać się głową o moją szyję. Zbliżyłam swój nos do jego nosa. Po chwili podeszłam zaciekawiona do płotu. Przy nim stał mój właściciel i paru braci oraz kilku wyższych rangą. Wielki mistrz chwycił mnie za kantar i odgarnął grzywkę opadającą na czoło.
- Oto moja wierna towarzyszka i wspaniały wierzchowiec. – Rzekł nie zwracając zbytniej uwagi na to, iż wstrząsnęłam grzywą i uniosłam wysoko łeb – W obecności tego szlachetnego konia nikt nie odważy się podnieść na mnie miecza czy ręki.
- Czemuż to? – Odezwał się jeden Komturów
- W najgorszym razie następnego wschodu słońca nie dożyje komturze... – Mruknął obojętnie wielki marszałek.
Wielki mistrz puścił mój kantar. Przez chwilę stałam w dumnej pozie, aż w końcu puściłam się galopem po padoku unosząc wysoko ogon. Biała sylwetka kontrastowała z nieco ciemniejszą poświatą powoli chylącemu się ku zachodowi słońca. Wiatr rozwiewał moją grzywę i uniesiony ogon. Zarżałam głośno, po czym stanęłam dęba bijąc przednimi kopytami w powietrze.
- O życie! Jakże ty piękne! – Zawołałam opadając na cztery kopyta.
Pogalopowałam w stronę płotu i poczęłam się łasić do wyciągniętej ręki wielkiego mistrza.
- Sami widzicie bracia... – Rzekł wielki mistrz klepiąc mnie po szyi.
Odchyliłam delikatnie łeb poczym odeszłam nieco Pd płotu i schyliłam się po źdźbła koniczyny, ale potem opadłam na grzbiet i zaczęłam się tarzać.
- Cała Zuzanna – Zaśmiał się Ulryk, a wraz z nim brać zakonna.
Wstałam oblepiona koniczyną. W długiej grzywie miałam kilka kwiatów mleczy. Mistrz i cała reszta przyglądali mi się, aż w końcu odeszli. Odprowadzałam ich wzrokiem aż w końcu zniknęli mi z oczu. Po niejakim czasie wprowadzili nas do stajni. Przez chwilę rozglądałam się.
- Jutro wyruszamy do Malborka... – Szepnęłam do siebie po czym znalazłam wygodną pozycję i zasnęłam

Zuzanna von Jungingen 16/08/2008 23:36:52 [komentarzy 6] Zuzanna nie zginęła... ona żyje w nas...

Rozdział XX

Rozdział XX

No to balanga ludzie bo dwudziestu rozdział :D
Zapraszam do czytania!


Dzień był okropny. Nie tylko mi ulewa dawała się we znaki. W nie lepszym nastroju był wielki mistrz. Czułam jak jego płaszcz cały zmoczony przylegał do mojego zadu, mimo iż miał na sobie opończę, która i tak przemokła. Woda ściekała ze mnie strumieniami. Czasami jak trochę mocniej powiało czułam przeszywające zimno. Wszyscy byli przemoczeni do nitki. Obok mnie szedł atrakcyjny kasztanowaty ogier tej samej rasy, co ja.
- Wszelki duch! – Zaczęłam grzecznie – Cóż za dzień!
- I Juści – Odpowiedział ogier wstrząsając rudą grzywą
- Jak was zwą?
- Rodryg pani marszałkowy wierzchowiec wyście pewnie Zuzanna?
- Jam – Odpowiedziałam wytrzepując się z wody gdyż zaczęła mi ona wpływać do nozdrzy
Poczułam dziwny chłód. Moja sierść poczęła delikatnie drżeć z zimna. Mój pan najprawdopodobniej to wyczuł gdyż położył rękę na moim przemoczonym boku. Jaskier spojrzał na mnie smętnie. Nie wyglądał najlepiej. Teraz w takiej pogodzie zrobiło mi się go okropnie żal. Delikatnie uszczypnęłam go w karę ucho. Ogier odwrócił powoli łeb.
- Jaskier... – Szepnęłam czując łzy stojące mi w oczach.
- Co wam Pani? – Zapytał zaskoczony.
- Wybaczcie mi moją pychę i dumę... – Odpowiedziałam zanurzając głowę w jego mokrej karej grzywie. Ale nie byłam długo w tej pozie gdyż moja wodza została podciągnięta.
- Wybaczam... – Odpowiedział Jaskier odwracając nieco łeb
Do Torunia pozostało zaledwie sześć kilometrów. Trochę przyspieszyliśmy. Czułam, że deszcz powoli ustawał, ale nadal było źle. Woda ściekała z płaszcza wielkiego mistrza. A co gorsza w pobliżu nie było żadnej wsi, w której można było by się zatrzymać i przeczekać ulewę.
W końcu we mgle zamajaczyły mury Torunia. Dojechaliśmy do miasta, a tam skierowaliśmy się do zamku. Poczułam się lepiej po ciepłej paszy i wodzie. Wyjrzałam zaciekawiona z boksu przyglądając się pracy pachołków. Wstrząsnęłam delikatnie grzywą i spojrzałam na sąsiedni boks należącego do Rodryga. Koń spokojnie drzemał, ale najwyraźniej wyczuł mój wzrok na sobie gdyż odchylił delikatnie uszy do tyłu i zapytał:
- Czemuż mi się tak przyglądacie Pani?
- Przyznaję jest, na co... – Odpowiedziałam nieco zaskoczona jego czujnością
Ogier odwrócił łeb i spojrzał mi w oczy. Odchyliłam zalotnie głowę, na co Rodryg odpowiedział mi czułem spojrzeniem i przyjaznym nastawieniem uszu
- Taką mi się podobacie... - Rzekł pochodząc do mnie bliżej.
Zaczęłam delikatnie ocierać się głową o jego szyję. Ogier przymrużył delikatnie oczy i westchnął zbliżając swoje czoło do mojego.
- Nie marzyłem o tym... – Szepnął po chwili.
- A kim że ja jestem? – Zapytałam odsuwając się – W naszych żyłach płynie ta sama krew... Krew jednej z klaczy Mahometa. Dzieli nas tylko to, że mamy innych właścicieli.
Ogier odsunął się i schylił łeb. Przez chwilę przyglądałam się pracy pachołków, aż w końcu odwróciłam się, znalazłam wygodną pozę i zasnęłam.


Zuzanna von Jungingen 11/08/2008 18:24:19 [komentarzy 11] Zuzanna nie zginęła... ona żyje w nas...